niedziela, 28 lipca 2013

Mój poród

Długo oczekiwana relacja z przebiegu mojego porodu. Uprzedzam, że tylko dla wytrwałych, bo jest mega długa!

W sobotę 15go czerwca postanowiliśmy odwiedzić naszą rodzinę, która mieszka jakieś 100 km od nas, jechałam trochę z duszą na ramieniu, bo od paru dni skurcze pojawiały się coraz częściej, no i termin samego porodu zbliżał się wielkimi krokami. Od samego rana w sobotę miałam dość częste skurcze, ale nie były one regularne ani bolesne jednak były zdecydowanie silniejsze od tego, co do tej pory się pojawiało. Tak minął cały dzień, koło 17 stwierdziliśmy, że jedziemy do domu, bo nigdy nic nie wiadomo. W domu wzięłam gorącą kąpiel, skurcze trochę osłabły, ale koło 20 poszłam do toalety i zauważyłam, że odszedł mi czop śluzowy. Stwierdziliśmy z mężem, że to dobry czas, żeby dopakować torby do szpitala, podładować telefony i kłaść się spać, bo nie wiadomo jaka ta noc będzie i czy nie będziemy jechać do szpitala. Na łóżku rozłożyłam też podkład na wypadek gdyby miałby mi odejść wody w nocy. Poszliśmy spać i obudziliśmy się w niedzielę rano lekko rozczarowani, że udało nam się przespać całą noc.

Jednak niedziela 16go też wydawała nam się fajną datą na poród. Skurcze cały czas były, ale nieregularne i bardzo ciężkie do zmierzenia - nie było wyraźnego początku ani punktu kulminacyjnego. Tak nam minął czas do obiadu, trochę chodziłam, trochę siedziałam na piłce, trochę próbowałam odpoczywać. Jak zjedliśmy obiad i wstawałam odnieść naczynia do kuchni poczułam skurcz, który był silniejszy niż poprzednie i takie uczucie jakby coś pękło, po sekundzie poczułam, że odchodzą mi wody... poleciałam do łazienki i rzeczywiście, wkładka cała mokra, zabarwiona na lekki różowy kolor. Założyłam podkład poporodowy i powiedziałam mężowi, że zdecydowanie to dziecko będzie niedługo z nami!Była 13:30.
Mąż poszedł przygotować kanapki do szpitala, ja poszłam posiedzieć trochę na piłce, jednak skurcze cały czas były dosyć słabe. Zdecydowaliśmy nie jechać jeszcze do szpitala, żeby odwrócić naszą uwagę i nie siedzieć jak na szpilkach obejrzeliśmy film :) Skurcze nadal nie były jakieś mocne, spokojnie mogłam przez nie mówić i robić inne rzeczy, postanowiłam więc coś zjeść i zrobić sobie gorącą kąpiel. Ustaliliśmy, że po kąpieli jedziemy do szpitala, bo minęło już sporo czasu od odejścia wód i trzeba się zgłosić i zobaczyć czy wszystko dobrze. 
W drodze do szpitala (do którego mamy 10 min) poczułam, że skurcze stają się mocniejsze, ciężko mi się przez nie mówiło, ale humor mnie nadal nie opuszczał. Pojechaliśmy na izbę przyjęć na porodówce, pani zaczęła przeprowadzać ze mną wywiad, co się dzieje, o której godzinie odeszły mi wody, uzupełniała całą papierkologię - zabrała wyniki badań, książeczkę przebiegu ciąży itp, podpisywałam oświadczenia o szczepieniach dziecka, że się na nie zgadzamy itp. Potem przyszła pani doktor, wyprosiła męża z sali i zaczęła pytać mnie o te same rzeczy, które pielęgniarka, dodatkowo opierdzieliła, że tak późno po odejściu wód przyjechaliśmy, zbadała, zrobiła usg, poinformowała, że przyjmują mnie na oddział i że rozwarcie jest malutkie, bo tylko na 3. Trochę mi mina zrzedła jak to usłyszałam, bo wiedziałam, że przede mną jeszcze daleka droga...Zapytałam się jeszcze czy sala do porodu w wodzie jest może wolna, ale miałam niestety pecha :( tego dnia było duże obłożenie. Założyli mi też wenflon, bo będę musiała dostać antybiotyk ze względu na czas, który minął od odejścia wód. 

Zabraliśmy rzeczy i zostaliśmy zaprowadzeni na porodówkę, gdzie położyli mnie pod KTG na sali przedporodowej i to był koszmar! Te 20 minut na leżąco bez ruchu podczas skurczy było straszne, skurcze były bolesne, a leżenie je jeszcze potęgowało. Po odłączeniu od KTG skurcze były silne, próbowałam różnych pozycji, stanie i kręcenie biodrami, chodzenie, ale najwygodniej mi było na klęczkach i kręcąc biodrami. Na sali przed porodowej była jeszcze jedna dziewczyna, podłączona pod kroplówkę, u której dopiero wywoływali akcję porodową, biedna musiała patrzeć na mnie z lekkim przerażeniem. Zauważyłam też, że pod czas skurczy pomagało mi jak wydawałam dźwięki - takie jakby ciągłe zawodzenie. Położona przyszła, podała mi antybiotyk dożylnie, lek rozkurczowy w tabletce i powiedziała, żebym poszła na pół godziny pod ciepły prysznic, w czasie skurczy polewała brzuch strumieniem wody. W tym momencie zrobiło mi się przeraźliwie zimno i dostałam wręcz drgawek, więc ciepły prysznic wydawał się świetnym pomysłem. Mój mąż dostał za zadanie mierzyć czas i dać mi znać jak minie 30 min. 
Woda zdecydowanie przyniosła mi ulgę, dzięki Bogu, że pod prysznicem było zamontowane krzesełko, bo momentami robiło mi się słabo, czas ciągnął się niemiłosiernie, w końcu minęło to pół godziny, wytarłam się i przebrałam w końcu w koszulę do porodu - zrobiło mi się dużo wygodniej. Męża wysłałam do położnej, żeby powiedział, że już jestem po prysznicu i co dalej? Położna przyszła, popatrzyła na mnie i powiedziała, że idę do ostatniej wolnej sali porodowej jaką mają. Bardzo się ucieszyłam, jakoś przybyło mi dzięki temu sił.

W sali byliśmy już sami, było przed 22gą. Mogliśmy porozkładać swoje rzeczy, ja w czasie skurczy kładłam się na worku sako, mąż poszedł się przebrać w inne ciuchy, a ja czułam, że robi mi się niedobrze. Zanim zdążyłam się podnieść po skurczu i dojść do łazienki to zwymiotowałam. Nic przyjemnego, więcej nie korzystałam z worka sako i nie przyjmowałam takich pozycji, które mogłby gnieść mi brzuch. Więcej się to nie powtórzyło.
Byliśmy zostawieni sami sobie (w takim pozytywnym sensie) położna wchodziła tylko raz na jakiś czas sprawdzić tętno maluszka i zapytać jak się czuje (w sali jest zamontowana też kamera, więc jakby się coś działo, to jest się na podglądzie). Korzystałam sporo z piłki w czasie skurczy, mąż masował mi też plecy na wysokości krzyża, co było baaaardzo pomocne i przynosiło dużą ulgę. Skurcze w tym momencie miałam tak co 3 minuty. Weszłam do wanny, żeby trochę nabrać sił, mąż polewał mi brzuch strumieniem wody i mierzył co ile są skurcze, w wannie trochę straciły na sile, ale nie dużo - czułam jak powoli tracę siły. Po wyjściu z wanny wróciłam na piłkę, między skurczami czułam jak zasypiam, mąż musiał mnie łapać, bo bym z tej piłki spadała. Zbliżała się 12 i już wiedzieliśmy, że 16.06 to nie będzie data urodzin naszego dziecka.

W poniedziałek, trochę po północy przyszła położna i powiedziała, żebym coś zjadła, bo będę tracić siły, wybrałam żelki owocowe z naszych przygotowanych zapasów :) mąż postanowił zjeść kanapkę, co nie było łatwe, bo skurcze miałam już co dwie minuty i musiał mi wtedy masować też plecy! :) Zaproponowała, że może wejdę znowu do wanny skoro mi to pomagało, ale ja czułam, że to nie jest to, na co mam ochotę, poczułam też, że wraca mi powoli świadomość tego, co się dzieje, nie miałam już takich odlotów jak siedząc na piłce, chodziłam po pokoju, a w czasie skurczy stałam przy łóżku i trzymałam się oparcia na nogę :) Skurcze były tutaj bardzo bolesne, ciężko mi było przez nie oddychać, położna pomagała i oddychałyśmy razem, aż nie załapałam o co chodzi. Tutaj też straciłam rachubę czasu, następny raz kiedy dowiedziałam się która jest godzina, to ja trzymałam małą już na brzuchu.
Położna przyszła sprawdzić kolejny raz tętno dziecka i wtedy powiedziałam jej, że czuje, że mam skurcze parte. To jest takie wrażenie jakby się bardzo chciało zrobić kupę :) No niestety nie da się tego lepiej opisać. Kazała położyć mi się na łóżko i powiedziała, że mnie sprawdzi i było 9 cm... ale główka nie chciała się przesunąć na dół. Więc ułożyła mnie na tym łóżku na lewym boku, z jedną nogą opartą do góry i to była masakra - być unieruchomionym podczas skurczy było straszne! Wtedy powiedziałam mężowy, że ja jednak nie dam rady urodzić tego dziecka - generalnie osławiony kryzys 7go cm dopadł mnie przy 9 cm, ale jak zaczęłam już tak marudzić, że nie dam rady, to położna powiedziała, że ułożymy się inaczej, w pozycji kolankowo-łokciowej, która była mega wygodna (jeśli w ogóle można mówić o tym, w takich kategoriach!) złapałam męża za rękę (tak tak jak na filmach miażdżyłam mu palce podczas skurczy!). Wedy też położna trochę mnie podgoliła, ale nie czułam tego wcale i używała też parafiny, żeby chronić krocze. Znowu było mi zimno i miałam dreszcze, mąż przykrył mnie swoją bluzą. Czułam te skurcze parte, ale czułam też, że nie mam siły przeć. Położna mówiła, że już widać główkę, widać czarne włoski (okazały się być koniec końców bardziej blond, ale cóż;) ) Starałam się przeć, ale opadałam z sił, wtedy położna powiedziała, że jeszcze trochę, a potem spróbujemy innej pozycji. I wtedy pomyślałam sobie: "o nie! Nie ma bata, żadnej innej pozycji!" i przy następnym skurczu zaparłam się w sobie i wykrzesałam wszystkie siły jakie miałam! Słyszałam tylko jak położna krzyczała do swojej koleżanki: Rodzimy! Daj mi rękawiczki! Mąż mi potem mówił, że ledwo druga położna założyła jej rękawiczkę, to już musiała łapać naszą córkę :) Może dwa czy trzy skurcze i mała była na świecie. Wszyscy byli ciekawi czy to będzie syn czy córka, bo dawno na oddziale nie rodziła się niespodzianka :) 
Poczułam przy ostatnim skurczu, że już po wszystkim i usłyszałam, że mała płacze! Położna powiedziała, że mamy córkę! Ja jeszcze przez chwilkę leżałam na brzuchu, bo nie miałam siły obrócić się na plecy, potem z pomocą położnej udało mi się i dostałam moją córeczkę na brzuch.
Była cudowna, cała oczywiście umazana, otwierała swoje oczka, wierciła się i machała nogami. Była taka malutka, że aż trudno uwierzyć!
Jak pępowina przestała pulsować, to położna ją przecięła, wtedy też mała dostała opaski na rączkę i nóżkę, które wcześniej dała mi do przeczytania i tak dowiedziałam się, która była godzina, bo Malutka urodziła się równo o 3:00 nad ranem.

Po jakimś czasie mąż poszedł z położną i z Małą na badania, a do mnie przyszła pani doktor na szycie. Niestety krocze pękło, ponieważ córka urodziła się "na supermena" czyli z jedną rączką przy główce. Rozdarcie było drugiego stopnia. Po skończonym szyciu, przeniosłam się na inne łózko, dostałam Małą z powrotem - tym razem już w beciku i ubraną, przewieźli nas do takiego malutkiego pokoiku, gdzie mogliśmy sobie pobyć razem i nacieszyć się córką. Wypiłam wtedy z 1,5 litra wody. W pewnym momencie przyszła położna i przystawiła mi cókę do piersi. Ona sobie ssała, a my rozmawialiśmy o przebiegu porodu. Czułam jak mi wracają siły, choć byłam słabiutka.

Tak spędziliśmy czas do 5tej, potem przenieśli nas już na oddział, do sali z dwiema innymi kobietkami. Ja w tym momencie marzyłam o prysznicu, ale położne kazały mi jeszcze odczekać godzinkę, żebym im nie zemdlała. Zjadłam też kanapkę i batonika, bo poczułam wilczy głód! Malutka grzecznie sobie spała, mąż pojechał przespać się trochę do domu i ja też postanowiłam się zdrzemnąć, a potem pod prysznic. To był prysznic, po który poczułam się tak orzeźwiona, że aż ciężko mi było zasnąć, więc zabrałam się za wysyłanie sms do znajomych i rodziny :) I tak zaczęło się nasze życie z córką już po tej stronie brzucha.

4 komentarze:

  1. Witam, serdeczne gratulacje! Bylas dzielna:) dzieki za szczegolowy opis, teraz wiem co mnie czeka:) czekam na dalsze relacje z budowy rodzinki ! Justyna

    OdpowiedzUsuń
  2. Poplakalam się ja jestem w 16 tc ale tak wyczekiwaliśmy ciąży a teraz synka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnych i zdrowych kolejnych tygodni! Pięknego porodu!!! Uściski

      Usuń