piątek, 2 sierpnia 2013

6 tygodni po porodzie, czyli jak wyglądał mój połóg

Minęło 6 tygodni od kiedy urodziła się nasza córka, postanowiłam więc napisać jak się po tym czasie czuje, jak dochodziłam do siebie po porodzie, jak to wszystko wyglądało. 

Garść informacji wstępnych dla tych, którzy nie czytali historii mojego porodu KLIK Urodziłam siłami natury, bez znieczulenia, miałam pęknięcie krocza drugiego stopnia, na które były założone szwy, córkę od początku karmię piersią.
Początek połogu nie był łatwy, u mnie na dodatek przypadł na koszmarne upały, które bardzo mnie męczyły i powodowały, że musiałam zdwojoną uwagę zwracać na higienę. 

Jeszcze w szpitalu czułam się bardzo obolała, poza pęknięciem krocza przy parciu z wysiłku porobiły mi się hemoroidy, które również były bolesne i powodowały dyskomfort przy siedzeniu. Noszenie gigantycznych podkładów poporodowych też nie należy do wygodnych, tak samo jak majtki z siateczki, które nie przepuszczają wcale tyle powietrza ile by się chciało. Jak tylko mogłam to nakrywałam się kołdrą i je ściągałam leżąc tylko na podkładzie. Było to jednak trudne, bo wiadomo, że przy noworodku co chwile się wstaje i przewija, karmi itp. Warto jednak o to dbać, bo jakiekolwiek zakażenie, ślimaczenie się rany będzie jeszcze gorszym przeżyciem. Opuchlizna i bolesność towarzyszył mi przez pierwszy tydzień ciągle, każdego dnia mniej, pod koniec drugiego tygodnia było całkiem dobrze, a od trzeciego właściwie zapomniałam o całej sprawie. Krwawienie było na początku bardzo intensywne, sporo skrzepów krwi odchodziło, zużywałam w tym czasie niezliczone ilości podkładów poporodowych, naprawdę paczka topniała w oczach. Delikatne plamienie od czasu do czasu mam do dnia dzisiejszego, teraz wystarczają wkładki higieniczne.

Dodatkowo z wysiłku na twarzy miałam pełno drobnych popękanych naczynek, które goiły się także przez parę dni. Niby nic takiego, ale wyglądało mało estetycznie.

Przez karmienie piersią czułam jak obkurcza się macica, na początku to były dość mocne skurcze, nieprzyjemne, ale nie bolesne. Z czasem zupełnie przestałam je odczuwać. Przy piersiach muszę też wspomnieć o nawale pokarmu (w czwartej dobie od porodu) i bolesności piersi, naprawdę nic przyjemnego. Mleko kapiące wszędzie, duża ilość wkładek laktacyjnych no i ten ból, jakby piersi mi chciało rozerwać - najgorsze były noce, bo wtedy przerwy w karmieniu były dłuższe. Na szczęście to się unormowało po jakiś dwóch/trzech dniach. Dodatkowo moje początki karmienia piersią to pogryzione sutki i ból przy przystawianiu do piersi - ale o karmieniu piersią będzie osobna notka, bo to temat rzeka. Dziś dalej karmimy i idzie nam to zdecydowanie lepiej, ale to wymagało pracy, cierpliwości i dużo samozaparcia.

Przez pierwsze dwa tygodnie czułam się jeszcze bardzo słaba, wszelkie wyjścia mi to pokazywały, w domu funkcjonowałam całkiem całkiem - wiadomo, mała przestrzeń, później przerodziło się to po prostu w zmęczenie wynikające z opieki nad córką.

Baby blues... dopadł mnie właściwie w dniu przyjścia ze szpitala do domu i trzymał myślę, że z tydzień. Generalnie chciało mi się płakać, nie cały czas, nie każdego dnia, ale czasem tak o mogłam się rozpłakać i nie wiedziałam czemu. Bardzo pomógł mi w tym czasie mój mąż, ale też świadomość tego, co się ze mną dzieje, że odpowiadają za to hormony i to minie.

W ciąży ostatecznie przytyłam 14 kg. Tydzień po porodzie miałam 7 kg więcej od mojej wagi sprzed ciąży, obecnie jest to 4,5kg do zrzucenia. Na razie nie ćwiczyłam, nie stosowałam żadnej diety, generalnie nic nie zrobiłam tym kierunku żeby te kilogramy zrzucić. Po prostu karmię córkę piersią. Sam brzuch bardzo powoli wraca do swojej formy, cały czas wydaje mi się, że mam gigantyczny pępek i taką odznaczającą się oponkę na brzuchu. Ciężko mi to zaakceptować, ale daje sobie jeszcze czas na dojście do siebie. W końcu zmiany w moim organizmie działy się przez 9 miesięcy, nie uda mi się ich pozbyć w 6 tygodni...

Połóg jest o tyle trudnym czasem, że te wszystkie rzeczy dzieją się jednocześnie plus dochodzi do tego opieka nad noworodkiem, czyli zmęczenie i nieprzespane noce. Dla mnie najtrudniejsze były pierwsze dwa tygodnie. Dobrze jest mieć przy sobie kogoś do pomocy, kto zrozumie, przytuli i choć na chwilę odciąży w opiece nad maleństwem. Dla mnie zbawienny był czas... pod prysznicem. Kiedy przez 20-30 minut wiedziałam, że mogę spokojnie zająć się sobą, a Malutka ma zapewnioną opiekę. Nie spieszyłam się, starałam się zrelaksować i choć żadnych skomplikowanych i długotrwałych zabiegach nie mogło być mowy, to i tak czułam się po takim prysznicu jak po SPA. Najważniejszy był jednak odpoczynek psychiczny, świadomość, że w tym momencie jest czas tylko dla mnie.

Moje przemyślenia z tego czasu to po pierwsze prosić o pomoc i nie starać się udowodnić całemu światu, że da się radę samemu. To nie jest  konkurs to jest macierzyństwo i początki mogą być trudne. Jak coś nie wychodzi to szukać informacji, najprawdopodobniej ktoś przed wami miał już ten problem i może wam podpowiedzieć rozwiązanie. Pytajcie wśród rodziny, znajomych, szukajcie w necie. Komunikować jak się czujecie waszej bliskiej osobie, że jesteście zmęczone, niewyspane, smutne, to bardzo pomaga i łatwiej jest wam też pomóc. Nikt nie jest Duchem Świętym żeby wiedzieć jak się czujecie w danej chwili. Korzystajcie z każdej chwili, w której możecie odpocząć. 6 tygodni mija naprawdę bardzo szybko i z każdym dniem jest lepiej. Jednym słowem: dacie radę dziewczyny! :)

3 komentarze:

  1. Bardzo fajny wpis, podoba mi się bardzo! :-)
    Pozdrawiam,
    Asia

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzieki za pomocne rady! w koncu ktos opisal to wszystko ktok po kroku! Pozdrowienia i zyczymy duzo szczescia ;) Justys

    OdpowiedzUsuń