środa, 14 sierpnia 2013

8 tygodni karmienia piersią - nasze wzloty i upadki

Już będąc w ciąży wiedziałam, że chcę karmić piersią. Wynikało to z paru rzeczy: wiedziałam, że to najlepszy pokarm jaki mogę zapewnić mojemu dziecku, najlepiej zbilansowany, z odpowiednimi przeciwciałami, dostosowujący się do jego potrzeb; doświadczenie niesamowitej bliskości i w jakimś sensie przedłużenie tej relacji, którą zawiązałyśmy kiedy Mała była w brzuchu; karmienie pomaga w naturalny sposób obkurczyć się macicy oraz zrzucić kilogramy, które przybrało się w ciąży, wygoda - pokarm ma się zawsze ze sobą, w odpowiedniej temperaturze; byłam ciekawa jak to jest, kiedy karmi się piersią, myślałam o tym jako o jakimś dopełnieniu tego całego procesu stawania się matką.

Z takim nastawieniem (bardzo pozytywnym) zaczynałam. Wiedziałam też, że karmienie piersią może być wyzwaniem (kłopoty z pokarmem, z przystawieniem się dziecka, błędy w przystawianiu itp.), więc sporo czytałam i wyszukiwałam na YouTube informacji i relacji innych karmiących matek. Myślę, że nawet bardziej bałam się samego karmienia piersią (a właściwie możliwych z nim problemów) niż samego porodu.

Zaraz po porodzie kiedy położna przystawiła mi Malutką do piersi wszystko poszło dobrze - przystawiła się bardzo szybko i ładnie ssała. Kamień spadł mi z serca (myślę, że dla mnie to był taki pozytywny bodziec, który potem pomógł mi przy następnych próbach). Kilkanaście godzin później sama postanowiłam przystawić Małą do drugiej piersi i choć szło mi to koślawo, to ona była bardzo spokojna, co wiele ułatwiało i ostatecznie się udało. Po tym karmieniu pierwszy raz ulała (nie wiedziałam wtedy jak ważne jest odbijanie!) i dzięki temu wiedziałam, że coś tam w moich piersiach jest do jedzenia. 
Jednak już następne przystawianie było bardzo trudne, Mała płakała, była zdenerwowana i nie chciała/nie umiała? chwycić piersi. Ja nie wiedziałam też czy jest poirytowana tym, że nie umie chwycić piersi, czy może nie jest głodna (o naiwności!). Poszłam po pomoc do pielęgniarek na noworodki. Gdzie pani pomogła mi ją przystawić, dowiedziałam się też, że mam piersi przystosowane do karmienia (brodawki, które dobrze się układają) oraz, że Mała jest charakterna i chce po prostu po swojemu. Jednak od tego momentu już wiedziałam, że nie ma opcji, że nie jest głodna - trzeba tylko cierpliwie ją próbować przystawić pomimo jej płaczu.

Ze szpitala wyszłam z poranionymi brodawkami - wynikało to z mojego złego przystawiania Młodej i nie odczepiania jej jak już się przystawiła żeby to skorygować. No cóż nie dziwota, jak ryczyała na cały regulator i w końcu chwyciła pierś - to gdzie bym pomyślała, żeby ją odczepić, bo trochę boli... NIC BARDZIEJ MYLNEGO. Po dwóch takich dniach nie bolało już trochę tylko BARDZO, bo sutki były poranione i przy każdym przyssawaniu się Małej aż podkurczałam palce z bólu. Zaczęłam smarować brodawki po każdym karmieniu maścią Medeli Purelan, pilnowałam też po każdym karmieniu żeby wycisnąć trochę mleka i rozsmarować na sutku. No i najważniejsze odczepiałam Małą jak się źle przystawiła i próbowałyśmy do skutku.

W tym samym czasie (jak to mówią nieszczęścia chodzą parami!) miałam nawał pokarmu. Czyli gigantyczne, obolałe piersi, mleko tryskające na wszystkie strony, bez wkładek laktacyjnych ani rusz. Najgorzej było w nocy, gdy przerwy w karmieniu były większe... lewa pierś była tak duża, że Malutka nie mogła sobie z nią poradzić i był: krzyk, wrzask, płacz i armagedon. Wiecie-rozumiecie o 3 nad ranem... wtedy przyszedł mi z pomocom laktator - odciągnięcie pokarmu i podanie w butli ułatwiło sprawę, dzięki Bogu nawał pokarmu trwał tylko parę dni.

Od tego czasu pod względem technicznym szło nam coraz lepiej, ale psychicznie ja czułam się coraz gorzej - miałam wrażenie, że co chwilę karmię, Mała na mnie wisiała dzień i noc (w te straszne upały) i miałam poczucie, że moje ciało już nie należy do mnie. To, co mi pomogło w tym kryzysie to... ważenie i  mierzenie Małej. Tak, świadomość tego, że dzięki mnie i temu co robię rośnie silna i zdrowa kobieta dodało mi sił i motywacji. Pomogło też wsparcie ze strony męża, który motywował i dopingował. Był też wielkim zwolennikiem laktatora i tylko dzięki niemu mamy zamrożone jakieś 250 ml mleka ''na czarną godzinę" i to on pilnuje mnie żebym odciągała pokarm.

Po tych 8 tygodniach mogę powiedzieć, że warto walczyć o karmienie piersią, nie zniechęcać się! Wiem już też, że każde dziecko przechodzi przez różne fazy i raz potrzebuje więcej pokarmu i wtedy "wisi" na piersi, a raz mniej i wtedy można złapać oddech. Nie ustawiam też sobie jakiś dalekich celów typu: będę karmić do 2 roku życia... każdy dzień jest sukcesem i tak chcę na to patrzeć.

Bardzo przydatnymi akcesoriami do tej pory okazały się być poduszka do karmienia (mam taką z firmy Mothercare - używaną), laktator (Medela Harmony) i wkładki laktacyjne (z Rossmanna).

Nie poddawajcie się matki karmiące! :) Damy radę!

1 komentarz:

  1. Dzieki! ja Polecam ksiazke Zaklinaczka dzieci Tracey Hopgg tam sa super rady dotyczace karmienia! Pozdrowienia Justys

    OdpowiedzUsuń