środa, 5 lutego 2014

Najgorsza przypadłość świata

Katar to jedna z najgorszych przypadłości... dla mężczyzn i małych dzieci. Ci pierwsi zwykle zachowują się jakby umierali, wymagają troskliwej opieki, pocieszania i robienia gorącej herbaty. Maluszki natomiast... no właśnie... czują się źle: nie mogą jeść (bo się duszą), nie mogą spać (bo się duszą) i nie mogą same sobie wyczyścić nosa. Mają na to tylko jedno rozwiązanie: płacz, marudzenie, względnie apatię. W związku z tym całe domostwo na głowie: bo nos trzeba czyścić (nasza Malutka nie cierpi tej czynności), bo trzeba do niego psikać (patrz jak wyżej), bo nosić trzeba (bo źle i maruda, i płacz). Katar urasta do rangi problemu nie-do-pokonania i rodzice lokują się na z góry ustalonej pozycji jakoś-to-przetrzymamy.
Zaczęło się w środę wieczorem (tydzień temu!), ni z tego ni z owego patrzę na w oczach Małej łzy wielkie jak grochy, a zaraz za nimi z nosa leci gil. Nie, nie ptak. Gil-smark.
Najpierw podeszliśmy do tematu bez paniki. W ruch poszła gruszka, która do tej pory była niezastąpiona w tego typu sytuacjach - tworzyła bardzo zgrany duet z roztworem soli morskiej w spray'u. Jednak gruszka miała zdecydowanie za małą siłę ssania, a gil-smark okazał się być potężny, a nie jakąś tam kozą, którą zwykle wyciągaliśmy bez problemu.

W ruch poszła więc NoseFrida, czyli aspirator do czyszczenia nosa gdzie wyciągamy gile-smarki siłą naszych płuc. Wiem, brzmi strasznie, ale spokojnie wydzielina zbiera się w specjalnym pojemniku i nie dociera do naszych ust. Było lepiej niż gruszką, udawało się pozbyć sporej części tego, co siedziało w nosie, ALE wcale nie jest łatwo się zassać wystarczająco mocno, żeby oczyścić nos. Używaliśmy tego sprzętu aż do poniedziałku, więc dobrych kilka dni - i w jakimś sensie ciężko mi na niego narzekać - no bo działa. Działa lepiej niż gruszka i bez niego było by z nami krucho. Jednak przyznam, że czynność odciągania gilów-smarków dla mnie osobiście była trudna do przejścia - powiem wprost brzydziło mnie! Poza tym Malutka się wierci i płacze, a tu trzeba trzymać jej ręce, główkę i zasysać jeszcze. Da się, wszystko się da, jednak już drugiego dnia zamówiliśmy Katarek, czyli aspirator, który podłącza się do odkurzacza.

Tak, wiem, że brzmi strasznie! Ale wszystko jest bezpieczne i nie da się tym wyssać mózgu (o co martwił się mój mąż!). I katar choć dalej męczący stał się trochę bardziej znośny. Katarek sprawił, że odciąganie zawartości nosa idzie sprawniej (bo jest jednostajna siła ssąca), szybciej i wydaje mi się, że odciąga więcej. Z minusów: odkurzacz jest cały czas rozłożony na wierzchu, odciąganie jest dosyć głośne (jeśli musicie o 3 w nocy wyczyścić nos i włączycie odkurzacz to sąsiedzi mogą się zdziwić), mnie się udało nasz odkurzacz przegrzać (i wcale nie używałam Katarka jakoś długo, ale Mała się bardzo wierciła i trudno było trafić do nosa) - na całe szczęście go nie spaliłam, jak wszystko wystygło to zaczął działać. Czyszczenie sprzętu idzie sprawnie - mamy wersję PLUS, która ma otwierany zbiornik na wydzielinę i łatwiej ją wymyć. Zwykły Katarek nie ma tej opcji przez co czyszczenie może być trudniejsze.

Cenowo wygląda to tak: gruszka kosztowała poniżej 10zł, NoseFrida koło 30zł, a Katarek Plus koło 50 zł. Z perspektywy czasu dziś kupiłaby gruszkę i Katarek, NoseFrida wydaje mi się zbędny, ALE może być tańszą alternatywą, dobrą na podróż czy jak jedziecie gdzieś na wakacje, no i jak nie ma prądu ;)

Do tego wszystkiego nieocenione zasługi oddała nam sól morska, pomagała nawilżyć nos, ale też rozwodnić to, co w nim zalegało, żeby łatwiej się tego było pozbyć.
Prostym sposobem, który też się u nas sprawdził było kładzenie na brzuszku, chwila zabawy na brzuchu i z nosa same ściekały gilo-smarki. Bez dodatkowych krzyków i awantur ze strony Małej.

Tyle wieści z rodzicielskich okopów, trwamy dalej i czekamy aż katar sobie pójdzie. A wy czego używacie w takich sytuacjach? A może macie jakieś dobre, sprawdzone sposoby na katar?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz