wtorek, 4 marca 2014

Jak przygotowuję domowe jedzenie dla Małej (8 miesięcy)

Mała nadal karmiona jest piersią na żądanie (choć muszę przyznać, że te jej "żądanie" jest w większości wypadków o stałych porach) i stąd dostaje 90-95% swojego jedzenia. Kiedy miała 6 miesięcy zaczęliśmy podawać stałe pokarmy. Była bardzo zainteresowana tym, co znajdowało się na naszych talerzach, siedziała już stabilnie z podparciem i... zaczęły jej iść zęby.

Od samego początku wiedziałam, że jedzenie dla Małej będę przygotowywać sama. Po pierwsze dlatego, że i tak codziennie gotuje dla nas, po drugie zwracam uwagę na to, co jemy i przygotowując sama posiłek wiem, co w nim jest, po trzecie jest to tańsza opcja od kupowania gotowych słoiczków (a pomysłów na to gdzie można wydać zaoszczędzone w ten sposób pieniądze mam mnóstwo!). Broń Boże, nie demonizuję słoiczków! Sama chętnie używam na wyjazdach (tylko czytam uważnie etykiety ze składem).

Przez pierwszy miesiąc Malutka dostawała jedzenie "przy okazji". Gotowałam jakieś warzywa dla nas, zostawiłam też dla niej. Jak akurat coś wypadło, to trudno. Regularny posiłek, wprowadziliśmy zupełnie niedawno, może z miesiąc temu. Można powiedzieć, że jest to "obiad" ze względu na porę (pomiędzy 12:30-15 w zależności od tego kiedy skończyła się drzemka). Wprowadzenie stałego regularnego posiłku wymusiło na mnie stworzenie jakiegoś systemu gotowania - żebym nie musiała codziennie zastanawiać  się co dziś jej dać, potem to gotować itp, bo wtedy rzeczywiście słoiczki zaczynają nęcić i kusić.

Malutka dostaje jedzenie pod dwiema postaciami - w kawałkach albo w postaci zupki/pure. Zaczynaliśmy od kawałków, pierwszą zupkę dostała jak miała 7 miesięcy. Z kawałkami obecnie świetnie sobie radzi sama, umie już dobrze je złapać, umie trafić do buzi. Podoba mi się, że może poznać nie tylko smak, ale fakturę, kształt, kolor danego jedzenia. Ćwiczy też koordynację ręka-oko oraz chwytanie przedmiotów. Minusem takiego rozwiązania jest dla mnie czas - takie "samokarmienie się" zajmuje tak do 40 minut plus sprzątanie po nim - godzina jak nic... a jeśli trzeba ją potem przebrać to jeszcze dłużej. Nie zawsze jest na to czas i wtedy z pomocą przychodzą zupki.

Po tym przydługim (ale wydaje mi się istotnym) wstępie czas na "know how", czyli jak się za to zabieram.
Czego potrzebuję:
  • garnka do gotowania na parze (mam specjalny trzypoziomowy garnek, ale bez problemu można użyć nasadki do gotowania na parze w każdym jednym garnku)
  • blendera (albo miksera z nasadką miksującą)
  • tacek do robienia kostek lodu
  • zamykanych woreczków foliowych
Niezależnie od tego w jakiej formie Mała będzie dostawać obiad, zaczynam tak samo, czyli od ugotowania jarzyn na parze. Gotowanie na parze ma ten plus, że jest szybkie i powoduje, że w warzywach zostaje dużo wartości odżywczych. Drugą opcją jest pieczenie w piekarniku, ale tu niestety trzeba więcej czasu (plus trzeba mieć na warzywa oko, bo mogą się przypalić, a na parze w najgorszym razie bardziej rozgotować).
Ugotowanie, pokrojone i ostudzone warzywa Mała dostaje prosto pod nos albo lądują w blenderze. Miksuje je z odrobiną wody (zwykle używam tej z gotowania, ale można użyczenie też źródlanej albo przygotowanej) na konsystencję, która mi odpowiada. Taka zupka/pure jest gotowe do podania.

Cały numer polega na tym żeby nie musieć tego robić codziennie. Dlatego za każdym razem gotuje na parze więcej warzyw i po zmiksowaniu przekładam je do tacek na kostki lodu i wkładam do zamrażarki. Jak są już zamarznięte, wyciągam je i przekładam do zamykanych woreczków, które opisuje: marchewka, seler, brokuły itp. Dzięki temu nie zajmują dużo miejsca. Takie kostki robię zawsze jednoskładnikowe - mogę je dowolnie mieszać przy rozmrażaniu i Malutka nie musi jeść przez cały tydzień dyni z ziemniakiem ;)
Jest to też świetne rozwiązanie jeśli robicie kaszki, można do niej wrzucić taką warzywną kostkę (albo dwie) i jest zupełnie inny smak. U nas "wzbogacam" w ten sposób kaszę jaglaną.

Na początku, kiedy Malutka jadła porcje mikroskopijne używałam standardowej tacki do lodu, która była w naszej lodówce - kostki wychodziły malutkie. Teraz kupiłam takie duże tacki (w Tesco za 5 zł dwie) i nie muszę już rozmrażać kilku kostek na raz. Innym pomysłem może być silikonowa tacka na muffiny, wtedy będą wychodzić naprawdę duże porcje.

Oto cała filozofia, przy odrobinie organizacji przygotowanie domowego posiłku nie musi być codzienną katorgą i może pozwolić zaoszczędzić sporo pieniędzy. A wy gotujecie same dla dzieci czy korzystacie z gotowych posiłków? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz