środa, 3 czerwca 2015

Co się u nas dzieje i dlaczego nas nie ma?

Długo było tu cicho i wynikało to z wielu powodów. Dziś w końcu czuję się na siłach żeby napisać co się u nas dzieje. Dziękuje wam bardzo za troskę i pytania, przepraszam, że musieliście tyle czekać.

Gorszek nadal jest w brzuchu i uparciuch wcale się nie wybiera na tą stronę świata. To był pierwszy powód, dla którego nic nie pisałam w 36 tygodniu. Czułam się mocno sfrustrowana i czułam, że moje myśli krążą tylko dookoła rozpoczynającego się porodu. Postanowiłam zrobić krok do tyłu, zająć się rzeczami niezwiązanymi z ciążą - dać sobie odpocząć. I tak też zrobiłam.

W trakcie 37 tygodnia przyjechała do nas moja mama i tego samego dnia wieczorem mieliśmy fałszywy alarm porodowy. Myślałam, że odeszły mi wody. Nie byłam do końca pewna, ale stwierdziliśmy, że pojedziemy do szpitala sprawdzić. Po badaniu i zapisie ktg przyjęli nas na salę porodową i... Już myśleliśmy, że spotkamy za niedługo Groszka, a tu figa... pani położna, po 2 godzinach powiedziała, że z powodu braku postępu porodu przenoszą mnie na patologię ciąży i jak się coś zacznie dziać, to wrócę na salę porodową. To było koszmarne przeżycie dla nas, mąż nie mógł ze mną zostać, koczował na krzesłach i w aucie, a ja leżałam, chodziłam pod prysznic, dreptałam po korytarzu, leżałam pod ktg. Nic się nie działo... W końcu po porannym o obchodzie zdecydowałam się wypisać do domu na własne życzenie.

38 tydzień to wizyta u mojego lekarza, który poinformował mnie, że z końcem tego tygodnia muszę się zgłosić do szpitala, bo zgodnie z terminem mojej ostatniej miesiączki będę już w 41 tygodniu. Przyjęłam to do wiadomości, ale nie wierzyłam, że nie urodzę do tego czasu. Poza tym łudziłam się, że w szpitalu ktoś mnie wysłucha, zrobi usg, ktg i każe wracać na badania kontrolne co parę dni.

Jednak zderzenie ze szpitalnym betonem było bolesne, po rozmowie z ordynatorem, zabrałam swoje rzeczy i po prostu wyszłam ze szpitala. Wypłakałam morze łez tego dnia i następnego zgłosiłam się do szpitala w zupełnie innym mieście. Zupełnie inna rozmowa, inne nastawienie. Zostałam na oddziale, zrobili mi ktg, badanie-wszystko wyglądało bardzo dobrze, Niestety była to sobota i na panią ordynator, usg i jakieś konkrety musiałam czekać do poniedziałku. Cały czas wierzyłam, że do poniedziałku urodzę. Nie urodziłam.
USG wykazało, że Groszek ma się dobrze, ciąża nie jest przenoszona (halo, przecież mówiłam!), ktg wychodzą dobrze, pojawiają się na nich skurcze, rozwarcie na 2cm, główka dziecka przyparta, wszystko wydaje się być gotowe. W tym momencie byłam 10 dni po terminie z miesiączki i 4 dni przed terminem z USG.

Po rozmowach z panią ordynator zdecydowałam się zostać w szpitalu, wziąć zastrzyki z witaminą B1, zrobić test oksytocynowy i zobaczyć co dalej. Ciężko tą decyzję przeżyłam, indukowanie porodu uważam za nadużywaną interwencję, a z drugiej strony byłam coraz bardziej niespokojna o Groszka, o Małą, która została w domu z tatą i babcią i psychicznie wymęczona kładzeniem się spać z myślą: może urodzę, budzeniem się z tą samą myślą... Kolejnym wypisem ze szpitala i czekaniem w domu, bez możliwości sprawdzenia tętna itp. Ciężko było mi pogodzić się z myślą, że poród nie będzie naturalny, podjąć ryzyko tego, że może się zakończyć "kaskadą interwencji" oraz, że może nic nie dać. 

Dodatkowo jestem trudnym pacjentem. Pytam, nie zgadzam się, dochodzę swego. Na szczęście w tym szpitalu to szanują, co nie oznacza, że rozumieją i nie naciskają. Nie ogolili mi krocza, nie zrobili lewatywy, nie wbili rutynowo wenflonu, nie podali leków bez mojej zgody itp. Ale to też kosztuje dużo wysiłku i samozaparcia. I zabrakło mi już sił...

Dziś jest środa, jestem po próbie oksytocynowej i siedzę pod kroplówką z oksytocyną. Mam skurcze, ale nic co by mi nie pozwalało spokojnie do was pisać. Z jednej strony chcę wierzyć, że się uda, a z drugiej po tym wszystkim co przeszliśmy, to tracę nadzieję.

6 komentarzy:

  1. no ja 3 dni mam do terminu skurcze są ale lekkie..
    więc czekamy;)
    3mam kciuki za was!!!
    daj koniecznie znać;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Uff....Miło Cię "widzieć" :)
    Trzymam kciuki za Groszka i szczęśliwe rozwiązanie!
    M.S.

    OdpowiedzUsuń
  3. Witaj, cieszę się że się do nas odezwalas bo zaczynałam się martwić ale myślałam że już jesteś "po". Współczuję Ci tego maratonu i domyślam się że masz już tego wszystkiego dosyć. Trzymam bardzo mocno za Ciebie kciuki i za Groszka oczywiście też :) jeszcze tylko troszkę i już będzie po wszystkim! Pozdrawiam i ściskam
    W.

    OdpowiedzUsuń
  4. Powodzenia, trzymajcie się:) Fajnie, że się odezwałaś, bo też już się trochę niepokoiłam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ojej, bidulko nasza!!! Naprawdę współczuję! Zarazem się stresuję już swoim nadchodzącym finiszem (jeszcze ok. 3 tyg. do terminu).
    Myślę jednak, kochana, no przeczucie mam, że cieszysz się już swym ukochanym Groszkiem.. ?!?!
    Jeżeli jednak jakimś sposobem się mylę, to jeszcze mocniej zaciskam piąstki i szczerze kibicuję życząc powodzenia!

    OdpowiedzUsuń