czwartek, 7 kwietnia 2016

Marzec był...

Moje dzieci śpią (chwała Panu!), mój dom jest  p o s p r z ą t a n y, a ja jestem umyta (nawet włosy!) i nie ma jeszcze 22. Jeśli dziś, przy tak sprzyjających okolicznościach, nie napiszę posta o tym jak nam się żyło w marcu, to chyba już nigdy nie napiszę!!!Rety, jak się ten miesiąc dłużył! Standardowo Malutka złapała jakiegoś wirusa, Groszek tak samo, oczywiście dopadło nas to jak byliśmy na wyjeździe u rodziny. I zamiast radosnego odpoczynku były wycieczki do apteki i szybszy powrót do domu. Życie. Z informacji po jasnej stronie mocy mogę dodać, że żadne z nas się nie zaraziło, a dzieciaki przeszły przez infekcję w miarę sprawnie. Przypisuje to probiotykom, które regularnie zaczęliśmy brać całą rodziną. Ogłaszam, że marzec to pierwszy miesiąc od października, kiedy NIE chorowałam. Miła odmiana.

Do tego Gorszek skumał, że w marcu wypadają święta, i to nie byle jakie, bo w końcu Wielkanoc i wziął to sobie do serca. Ostatnie dwa tygodnie marca była rzeczywiście WIELKA noc i chłopak SPAŁ! Nasz chłopak, który nawet i co 40 minut potrafił się obudzić, a co dwie godzinki to standardzik, zaczął spać. Bywały noce, gdzie obudził się tylko RAZ koło 1. Teraz zwykle budzi się dwa razy, koło 1 i koło 5, a ja jestem PRZEszczęśliwa! Początki były trudne, mój organizm nie wiedział co się dzieje i po pierwszej takiej nocy, gdzie czułam się rano niczym młody Bóg, następne 3 były masakrą - chociaż spałam więcej niż w ciągu ostatnich 10 miesięcy, to czułam jak moje ciało woła: więcej snu!!! Potem wszystko się unormowało, czuję, że mogę normalnie myśleć, nie gadam od rzecz, nie zapominam o wszystkim… po prostu jasność umysłu nastała. Poza tym chłopak ma kolejnego zęba, pięknie chodzi za rączki albo przy chodziku, je tak jakby jutra miało nie być i na tym cudzie nad cudami jest tylko jedna rysa, a mianowicie: mamo, nie możesz mi znikać z pola widzenia. A jeśli znikniesz będę tak krzyczał, że ci uszy odpadną. Lęk separacyjny uderzył z całą mocą i bez obecności Groszka nie mogę się nawet wysikać. Znaczy mogę, że pisk i wrzask oraz zawodzenie gwarantowane.

Malutka - ja wiem, że pisze to od roku chyba, ale jest dla mnie TAKĄ próbą cierpliwości, że hej. A teraz jest gorzej niż kiedykolwiek. Do tego dochodziło moje zmęczenie i czułam, że jestem na granicy. Taka szarpanina z tego powstawała:nie ubierzesz się/nie posprzątasz/nie zjesz/nie dasz się umyć? to nie, ale nie pójdźmy na spacer, nie dostaniesz deseru, nie będziesz oglądać bajki… wpadliśmy w taką spiralę zakazów, krzyków Małej, jednego wielkiego NIE. Mała ma silną osobowość i wie czego chce i jak to chce. Do tego faza na NIE i testowanie granic…. Panie zmiłuj się! Na plus mogę zaliczyć, że jest taka wygadana i rozumna, taka ciekawa świata, bardzo sprawna fizycznie, żywe srebro nasze. Kocham ją niemożliwie, ale ciężko mi bardzo. I denerwuje się, i krzyczę i do jej pokoju ją wysyłam… ehh. Staram się znaleźć sposób, który by mi pomógł, i oddychanie oraz wychodzenie do innego pokoju pomagają, ale emocje sięgają zenitu.

Dzieciaki razem bardzo różnie, raz jest super, raz jest wojna. Z niesamowitych wiadomości to Groszek został eksmitowany do swojego pokoju - nasze dzieciaki mają dwa pokoje, ale Groszka jest przechodni. Było trochę z tym problemów, bo Mała wychodziła od siebie i go budziła, ale teraz wydaje się, że już to fajnie funkcjonuje i mamy sypialnie dla siebie. Niesamowite uczucie jak można wieczorem walnąć się na łóżko i nie musieć się skradać jak złodziej po ciemku, żeby małego nie obudzić.

W marcu byłam samotną matką, mąż pracował non stop, prawie się nie widywaliśmy. Niesamowicie trudne doświadczenie, jestem taka wdzięczna, że to już za nami. Pracujemy nad tym, żeby mieć choć jeden dzień w tygodniu, kiedy jesteśmy wszyscy razem i mamy wtedy WOLNE. Znaczy się, że ja również nie sprzątam  nie prasuje i nie piorę, tylko rzeczywiście spędzamy czas razem, bo ostatnio nasze dzieci mają nas "na zakładkę".

Poza tym zaczęłam mocno pracować nad swoją garderobą, robić porządki, przymiarki, patrzeć, co rzeczywiście noszę, co lubię, co na mnie PASUJE. Przymierzam się mocno do zrobienia sobie takiej CAPSULE WARDOBE, czyli garderoby kapsułowej, gdzie z małej ilości rzeczy robi się wiele zestawów, kupuje się tylko rzeczy, których się potrzebuje, które pasują do reszty i które naprawdę ci się podobają. Jestem w trakcie tworzenia takiej, nie wiem jeszcze co z tego wyjdzie, ale mam dość życia w jegginsach i starych bluzkach. 

Stale i niezmiennie zapraszam was na mój Instagram, tam jestem najbardziej aktywna, tam możecie zobaczyć, co się u nas dzieje na codzień. Ściskam was i ciepło i pytam: jak Wam minął marzec?

1 komentarz:

  1. Grrr, marzec u nas tez pod znakiem chorób! :( I dziecię i tatko notorycznie łapali wszystkie możliwe wirusy... Tylko ja się uchowałam, nawet bez przeziębienia. Moze to efekt codziennego picia szklanki wody z miodem i cytryna po przebudzeniu? Poza tym my również zmagamy se z początkiem "buntu dwulatka" (a dziecię ma 19 miesięcy!), były pierwsze kary i odsyłanie do pokoju... :( Jeśli znajdziesz magiczny sposób jak takim kryzysom zaradzić, koniecznie daj znać! ;) Pozdrawiam, Gosia

    OdpowiedzUsuń